Periodicus numer 25

Rzez Skelliganska, Wywiady z Kagainem i Nivatem

o-----------------------------------------------------------------------------o
|                         Data wydania: dwudziesty dziewiaty dzien pory Yule  |
|                                                                             |
|                                                                             |
|                                    /)_(\                                    |
|                             ______( 0 0 )______                             |
|                            /_/_/_/\` ' `/\_\_\_\                            |
|                                    )'_'(                                    |
|                               ____.""_"".____                               |
|                             P E R I O D I C U S                             |
|                                                                             |
.                                                                             .
.                                                                             .
                                    Drodzy Czytelnicy!
                                        
               Oddaje w Wasze rece kolejny numer Periodicusa, a w
                 nim duzo o dramatycznej Rzezi Skelliganskiej.
                                        
            Cala redakcja ubolewa nad kolejna wojna, ktora tym razem
          zaistniala miedzy Skellige a Mahakamem. Dziesiatki zabitych,
         niezliczona ilosc rannych, wprowadzily w serca cywili strach o
                               nadchodzace jutro.
                                        
         Pragne zaznaczyc, ze wszelkie tresci przez nas publikowane sa
           jedynie wydrukiem slow ich autorow, redakcja niekoniecznie
            podziela stanowiska rozpytywanych, czasami wrecz jest im
          stanowczo przeciwna. Jednak jako gazeta rzetelna, chcemy Wam
                     przekazac wiedze ze zrodel wszelakich.
                                        
           Rodzinom zabitych redakcja pragnie przekazac najszczersze
          kondolencje. Ja, jako kobieta, mam nadzieje, ze nasi chlopcy
                        beda codziennie wracac do domu.
                                        
                                      Redaktor Naczelna Periodicusa
                                            inz. Faiga Fausto
                                        
     W tym numerze:
     * Wywiad z Kagainem....................................strona 1
     * Wywiad z Nivatem.....................................strona 2
     * Reportaz Wojenny.....................................strona 3
     * Krajobraz przed Burza................................strona 4
     * Z murow wieziennych..................................strona 5
.                                                                             .
.                                                                             .
|                                                                             |
|                                                                             |
o-----------------------------------------------------------------------------o


> przeczytaj strone 1
Zatytulowano: Wywiad z Kagainem             

Konflikty zbrojne maja zazwyczaj wiecej niz jedno dno. Potencjal-
nych powodow do rozpoczecia wojny moze byc mnostwo:  ziemie,  bo-
gactwa,  urazona  duma,  kobieta.  Niekiedy  powod  jest zupelnie
blahy, a potrafi wywolac  monstrualna  agresje i chec zemsty. Nie
mozna  jednak  zakladac,  ze wina  lezy zawsze po jednej stronie.
Dobry dziennikarz bada wszelkie mozliwe zrodla i wyciaga wnioski,
ktorymi dzieli sie z czytelnikiem.
Przedstawiam Wam wywiad z panem Kagainem Delzoun, reprezentujacym
jedna ze stron konfliktu, ktory doprowadzil do  Rzezi  Skelligan-
skiej.

Faiga Fausto: No wiec jak wlasciwie rozpoczal sie ten konflikt?

Kagain Delzoun: Zamorscy  Zakonnicy poprosili mnie pewnego dnia o
pomoc w odzyskaniu mlota z rak Gnshina. Zgodzilem  sie,  podobnie
jak  kilku  innych klanowiczow oraz gnomich wynalazcow. Zakonnicy
przybyli wtedy  w  towarzystwie Tulacza  i  kilku  czlonkow  jego
zalogi.  Zeszlismy  wspolnie  na  dol,  pokonalismy   Gnshina   z
latwoscia. Jeden z gnomow zabil krola goblinow. Przeszukujac jego
cialo znalazlem kamien, malutki. Zgodnie z tradycja wreczylem  go
temu  kto  zadal  ostatni cios wrogowi.  Jednak  Viris,  gosposia
okretowa, zaczela drzec pysk, ze, jak to ujela: 'Chce  pierdolony
kamien!'.  Tulacz  zaczal  zadac   kamienia,  na  co   odmowilem,
wyjasniajac  dlaczego gnom go dostal. Tulacz wtedy stwierdzil, ze
u nich sa inne reguly. Na to odparlem mu, ze nie jestesmy u nich.
Potaktowal to pewnie jako grozbe bo jeszcze  przy  mnie  rozkazal
swej zalodze mnie atakowac przy nastepnym spotkaniu. To byl powod
niemal polrocznej walki miedzy jego zaloga,  a  mna.  Starc  bylo
malo, rzadko sie widywalismy, az w koncu przystali na moja propo-
zycje zapomnienia o wszystkim. Jednak po zakonczeniu walk  czesto
Korsarze,  glownie  Tulacz, w mniej lub bardziej subtelny sposob,
prowokowali czy to mnie czy innych klanowych.  Tulacz  za  kazdym
razem  byl  bardziej  pyskaty  im  wiecej  swych paziow mial przy
sobie.  Spotykajac  go  samego  byl  calkiem malomowny. Trwalo to
jakis czas. Do niedawna. Przebywalem wtedy w Mariborze. Oczekiwa-
lem powrotu  Katona,  gdyz  najwyrazniej  gdzies  powedrowal.  Po
pewnym czasie do karczmy wszedl Tulacz razem z Gortholem. Chcieli
mnie przegonic z karczmy, ale powidzialem, ze mam tam inne cele i
ze  nie  bede  im przeszkadzal w walce. Pozniej dolaczyli do nich
Belmor i Agnar. Z Agnarem zaczalem krotka  rozmowe.  Spytalem  go
czy zechcialby pozniej stoczyc ze mna pojedynek treningowy. Na to
Tulacz  wydal  im  rozkaz  zablokowania  mnie  i spytal, w sposob
wyraznie grozacy, czy moze  jednak  chce  tego  teraz.  Darowalem
sobie  rozmowe  w  imbecylem.  Zostawilem  ich  na  czas  walki z
Katonem, ktory w tym  czasie  powrocil.  Po  tym  jak  skonczyli,
wrocilem i spytalem jeszcze raz Agnara o sparing. Tulacz znow sie
wtracil i powiedzial, zebysmy walczyli od razu. Przy okazji, malo
przekonujaco, 'zapewnil' mnie, ze nie beda przeszkadzac. Nigdy mu
ni ufalem i wtedy nie bylo inaczej.  Poradzilem  mu  zeby  zostal
komikiem,  bo  coraz  zabawniejszy  sie  robi.  Wtedy  tez   mnie
zaatakowal. Nastepnego dnia gdy wstalem okazalo sie, ze atakowali
juz  kazdego  klanowicza.  To  by  bylo  tyle w sprawie 'wielkiej
obrazy Tulacza' jaka miala miejsce.

FF: A co moze Pan powiedziec czytelnikom o samej Rzezi Skelligan-
skiej?

KD: Jesli  chodzi  o  samo  starcie  to  niewiele, omdlalem  dosc
wczesnie, choc i tak pozniej niz sie spodziewalem. Jednak  skroce
wydarzenia przed bitwa. Od jakiegos czasu porozumiewalismy sie ze
Scoia'tael w sprawie najazdu na  Skellige.  Pora  byla  ustalona,
miejsce takze. Klany w towarzystwie Hufca stawily  sie  na  czas.
Komanda  jednak  ni bylo widac. Pozniej zaslyszelismy, ze ruszyli
oni na Lyrie. My nie  chcielismy  napadac  na  Lyrijczykow,  gdys
dotad  nie  wspierali  Korsarzy przeciwko nam. Oczywiscie bylismy
swiadomi ich obecnosci na Skellige. Jednak czasu  mielismy  coraz
mniej i wybor byl prosty. Idziemy bez skradajcow, albo wracamy do
Twierdzy. Wiedzielismy czym moze skonczyc sie walka,  jednak  pol
setki  wkurzonych  krasnoludow ciezko odwiesc od planow. Poplyne-
lismy na Skellige. Nas bylo okolo 48. W pierwszym starciu  wrogow
bylo  chyba  33.  Jednak przewaga liczebna byla zludna. Nie kazdy
byl wyszkolony i nie kazdy wyszkolony byl silny. Stad taki  wynik
bitwy.  Pozniej  nasze  szanse  byly  juz  coraz  mniejsze. Ranni
korsarze odpoczywali szybko  na  wyspie.   My  ocknelismy  sie  w
Mahakamie.  Ruszylismy  jednak  z powrotem jako eskorta dla tych,
ktorzy wciaz zyli na wyspie. Udalo nam sie uratowac paru  naszych
niedobitkow  i  wycofalismy  sie  na dobre. Z tego co opowiadali,
Scoia'tael rowniez przybylo potem na wsype i rowniez  poleglo.  I
szczerze, nie smuci mnie to. Wypieli na nas dupska, nie dotrzymali
ustalen. Nalezalo im sie.

FF: A  co  bedzie  dalej?  Nadal  bedziecie sie zabijac? Czy moze
dazyc do pokoju?

KD: Watpie,  aby  na jednej bitwie sie skonczylo. Teraz  naprawde
nie mamy duzo do stracenia. Czy zrobimy to sami czy  z  Komandem?
Gdyby  ode  mnie  to  zalezalo,  to  nie  chcialbym  juz  widziec
Scoia'tael na oczy. Pewnie nie ja jeden tak mysle. Jednak  sam  o
tym nie decyduje. Co bedzie to bedzie, poddac sie nie zamierzamy.

FF: Dziekuje  za  szczegolowe informacje. Na koniec pytanie stan-
dardowe. Panskie ulubione jadlo i napitek?

KD: Sledz marynowany i rum. [odglos rubasznego chichotu]

FF: Dziekuje za wywiad.


> przeczytaj strone 2

Zatytulowano: Wywiad z Nivatem              

Niestety nie jestesmy w stanie przedstawic pelnego, obiektywnego
obrazu sytuacji, ktora  doprowadzila  do  Rzezi  Skelliganskiej,
gdyz  Korsarze  odmowili  komentarza na ten temat, tlumaczac sie
kwestia obronnosci wyspy. Aby wiadomosci przez nas podawane byly
jak najrzetelniejsze, postanowilam przeprowadzic  jeszcze  jeden
wywiad.  Oto  slow kilka od Nivata, zolnierza Ochotniczego Hufca
Mahakamskiego.

Faiga Fausto: No  wiec  bez  zbednych  formalnosci - czy moze mi
kuzyn opowiedziec, jak caly konflikt sie rozpoczal?

Nivat: No  to  bylo  tak...  Pewnego  razu  na  poczcie w Carbon
spotkali  sie  Klanowi  i  Korsarze. Na tej to poczcie doszlo do
sprzeczki miedzy Kagainem i Korsarzami... Z  czego  powstal  ten
konflikt. No i jako Klanowi, podjeli walke, a jak! Byly potyczki
mniejsze i jeszcze mniejsze.

FF: A o co wlasciwie ta sprzeczka?

N:  O jakis banal. Z tego co slyszalem,  to Kagain zbyt duma sie
uniosl. Czy cus takiego.

FF: Jak  to  sie  stalo, ze postanowiliscie taka kupa, ze tak to
ujme, pojsc na Skellige?

N:  Stalo sie tak, gdyz musimy dbac o dume Masywu Mahakamskiego!
Nie mozemy dopuszczac do jakichkolwiek atakow na nasza  spolecz-
nosc, musimy  sie  wspierac  i  dzielnie  bronic ramie  w  ramie
naszych  terenow!  Poza  tym  my,  krasnoludy,  umiemy doskonale
docenic  swoich  przeciwnikow...  Wiemy, ze sa oni silni i godni
walki. Jakby Klanowi poszli sami, albo Hufiec sam sie  udal,  to
zostaliby rozgromieni doszczetnie...

FF: A co ze Scoia'tael? Podobno nie doszli?

N: Z tego co wiem, to poszli oni zalatwiac swoje sprawy... Miast
isc z nami - poszli spalic garnizon Lyryjczykow, co i tak im nie
wyszlo...  Ale  doszli...  Ino  potem,  gdy  juz  conajmniej 3/4
naszych leglo gdzies obitych wsrod  nieprzyjaznych  terenow  Ard
Skellige.

FF: No dobrze,  a co kuzyn moze mi powiedziec o przebiegu Rzezi?

N:  Rzeznia  byla  niesamowita...  Na  polnocnej   przystani   w
Novigradzie  bylo  czuc  atmosfere skupienia, kazdy ostrzyl bron
czy polerowal zbroje... Wszyscy gotowali sie do  walki.  Bylismy
jak  wulkan  ktory  mial  zaraz  wybuchnac. Razem z nami chcieli
wsiasc czlonkowie VII Brygady... Lecz gdy zobaczyli nasza  sile,
czmychneli  od  nas...  My  -  choc  juz dostatecznie nabuzowani
adrenalina - postanowilismy ich  nie  atakowac.  Gdy  zeszlismy,
ostatki  cywilow barykadowalo sie w swoich domostwach... W koncu
wszystko ucichlo... Tak, ze bylo slychac  tylko  szczekot  zbroi
naszych  dzielnych  wojakow! Mijaly nas kolejne patrole gwardii,
ktora  to  byla  obojetna.  Na  pomoscie  zebralismy  sie  kilka
szeregow i rozpoczal sie krotki apel - rozkazy od dowodztwa, co,
jak i kogo, ze tak to ujme. Po apelu postanowilismy zaglebic sie
w teren wroga. Obili mnie, ale zabrali z pola walki, wycofalismy
sie...  Nastepne  potyczki.  Lamiaca  sie  bron.  Niszczace  sie
tarcze. Krew. Bol. Krzyki. Smierc Chaos kuzynko, chaos!  Starcia
byly coraz bardziej zawziete, coraz bardziej krawe... Obfitujace
w trupy... Niestety... Wiekszosci w nasze trupy! Pokonali nas...
Zrozumielismy  to... Poczelismy sie szybko wycofywac do portu...
Akurat byl statek... Kto mogl doszedl sam i wzial  rannych,  kto
nie mogl, to go zabrali... Wrocilismy do masywu.

FF: Jakies spektakularne, warte opisania czesci walki?

N:  Spektakularna czesc walki to byl  jej  sam  poczatek,  wtedy
wszystko  bylo  najbardziej  krwawe, wtedy najwiecej poslalismy,
jak i oni poslali w piach... Trza przyznac, ze Tulacz mial  glos
do rozkazow... Glos naszego Dowodcy byl prawie niedoslyszalny...
Chyba nikt nie mogl  zrozumiec  jego  rozkazow  w  ferworze  tej
walki...

FF: I co bedzie dalej? Wojna? Pokoj?

N:  Szykuje  sie wieksza operacja, rozne oddzialy zbieraja sie w
okolicach  twierdzy.  Zdania  sa  podzielone...  Ale  oczywiscie
wojujemy dalej! Stawiamy dzielnie opor, Korsarze atakuja Carbon,
ale  my  ich skutecznie odganiamy i bedziem to robic. Sadze tez,
ze znowu sie zbierzemy i tym razem im dokopiemy! Podlug mnie  to
oni musza zginac... WSZYSCY!

FF: Rozumie  kuzyn, ze taka deklaracja na lamach gazety nie moze
wrozyc nic dobrego?

N:  Takie  jest  nasze  stanowisko,  bedziemy  bronic  Mahakamu,
dopoki   te   Korsarze  nie  przestana  najezdzac naszych  ziem!
Dobrze, ze jeszcze do  nas  statkiem  gdzies  nie  zadokowali...
Znaczy gdzies w Masywie.

N:  A  zapomnialem  dodac,  ze  jeszcze  przeciez jednak Komando
przyplynelo. Podczas  gdy  wiekszosc  naszych  szeregow  zostala
rozgromiona, przyplyneli...

FF: Duzo ich bylo?

N:  Kolo 20. Nie pamietam dokladnie... Lezalem wsrod rannych juz
wtedy.  Widzialem statek katem oka. Jak wplywal do portu, z dala
mozna  bylo.  rozpoznac  te  smukle  sylwetki. Przyplyneli... "W
odsieczy". Ha! W odsieczy... Jezeli tak to  mozna  nazwac...  Bo
jak  juz  mowilem,  wiekszosc  naszych  byla  juz  niezdolna  do
walki... Wyszli ze statku...  No  niestety...  Im  sie  tez  nie
poszczescilo.  To  juz  w zasadzie wszystko co pamietam. Jeszcze
jakies pytania?

FF: Nasze standardowe. Ulubione jadlo i napitek?

N:  Destylat  jako  napitek,  a  jadlo  to  wszystko co w naszej
gospodzie kolo poczty tutaj w Craag!

FF: Zupe chlebowa macie genialna z tego co pamietam.

N:  Ano, pyszna.

FF: Zglodnialam  nieco,  jeszcze  przed  powrotem odwiedze Wasza
karczme. Dziekuje za wywiad.


> przeczytaj strone 3
Zatytulowano: Reportaz Wojenny              

Dzien 22 stycznika roku osmego, wg znormalizowanej
przez gnomy rachuby czasu, przejdzie stanowczo  do
pamieci.  Tego  dnia  Matka Ziemia wydala z siebie
jek  bolu.  Tego  dnia  przez  kazda  zywa  istote
przeszedl dreszcz emocji  i niepewnosci. Tego dnia
odbyla  sie  jedna z najwiekszych bitew w historii
Swiata,  a   morza   nabraly   rubinowej    barwy.
Zjednoczone  sily  mahakamskie,  w  liczbie do tej
pory niezliczonej, zapuscily sie  na  brzeg jednej
z    wysp    archipelagu    Skellige.    Anonimowi
informatorzy   twierdza,   iz  dowodzacy  eskapada
zaryzykowali  wczesniejszy   desant  -  w  planach
mianowicie,   misja   miala  byc   wypelniona   ze
wsparciem  Komanda  Scoia'tael.  'Wiewiorki',  jak
nazywa    sie    te    organizacje    powszechnie,
zdecydowaly   sie   jednak  na  wczesniejsza probe
zdobycia  prawie  pustego  garnizonu  VII  Brygady
Armii   Lyrijskiej.   Gdy    partyzanci   Aelirenn
walczyli  w  Scalli,  polaczone  sily   wszystkich
statkow korskarskich oraz  wspomnianej  Brygady  z
Lyrii,   zorganizowane    wczesniej    na  wyspie,
zaatakowaly z wyprzedzeniem armie Klanow i  Hufca.
Naoczni  swiadkowie,  glownie  tamtejsza  ludnosc,
oceniaja, ze Mahakamczykow bylo wiecej, ale  wobec
zaskoczenia,  jakim  ich   potraktowano,  przewaga
ta   znaczaco  spadla.  'Widzialem niejedno bitke.
Najlepszo  obrono  jest  atak! Tak mnie  pradziad,
wojak   jakich   mao,   uczyl.'  -   dodaje  Matti
Hautameksson, lat 83. Wedlug wstepnych  ustalen  w
pierwszych    starciach     wojska     mahakamskie
uszczuplily  sie  az  o  90%, zabierajac ze soba w
zaswiaty tylko 20% obroncow wysp.  'Jatke  zrobili
nasi, ot, co'  -  twierdzi  rdzenna mieszkanka Ard
Skellige, Svenna Erikson (44). Sprawy mogly zmienic
swoje oblicze, gdy  lesni  partyzanci  dotarli  na
miejsce bitwy, niemniej Korsarze i zolnierze Armii
Lyrijskiej  byli przygotowani i na druga ofensywe.
Nasze   zrodla  informacji  podaja,  iz  przyczyna
kolejnego  sukcesu  obroncow  byl  znowu   element
zaskoczenia.  'Wiewiorki'  zostaly zaatakowane tuz
po   tym   jak  wyladowali  na  brzegu  wyspy.  Po
ofensywie z udzialem Scoia'tael bilans strat dalej
miazdzacy dla  atakujacych.  Nastroje  na  wyspach
archipelagu  Skellige  radosne.  Ludnosc   cywilna
wiwatuje  na  widok swych wojownikow, a wieczorami
hucznie   swietuje.    Calymi     dniami    mlodzi
Skelliganczycy  graja  w  zupelnie nowa gre: 'Zlap
krasnoluda  za  brode'.  I  nikt   nie   chce  byc
krasnoludem.  W  Mahakamie natomiast nastroje inne
niz moznaby sie spodziewac. Kazdy napotkany z duma
patrzy na flagi falujace na wietrze i w  milczeniu
wspomina  wszystkich poleglych. Weterani, zapytani
o  bitwe,  pociagaja  z  gosiorka   solidny   lyk,
wycieraja  brode  w rekaw (w 1/3 przypadkow pusty,
zwazywszy na brak reki)  i  opowiadaja: 'Mozliwosc
uczestnictwa w  tak  wielkiej  bitce,  w  siekaniu
wrogow tuz obok mych braci, w wspolnym odspiewaniu
hymnu  Mahakamu jest dla mnie wielkim zaszczytem i
powtorzylbym to jeszcze sto razy' - mowi  jeden  z
czlonkow   Klanu    Mahakamskiego,    proszacy   o
anonimowosc. Jednak wedlug przeprowadzonej ankiety
wsrod    mieszkancow   Redanii   i   Temerii   90%
respondentow  uwaza,  ze  akcja przeprowadzona bez
wsparcia Komanda byla samobojstwem  dla  Klanow  i
Hufca. Obecnie wojna nabrala nieco spokojniejszego
tempa.  Co  jakis  czas Korsarze urzadzaja szybkie
najazdy na gore Carbon nekajac glownie  Klanowych.
Ochotniczy Hufiec Mahakamu wspiera kuzynow i braci
jak moze, acz sily ma wyraznie przetrzebione.

                                   Z.F.


> przeczytaj strone 4

Zatytulowano: Krajobraz przed Burza         

Swoj los majac za nikczemy, posluchaj barda. Zapytasz,
dlaczego barda? On Twoj los bezprawia wykpi, wyszydzi,
porownujac do prawa.

Swoj los majac za prawy, posluchaj barda, zapytasz,
dlaczego barda? On Twoj los bez skazy od czci odsadzi
i zakpi z twej nieprawosci.

Czym wiec rozni sie od kaplana zakazany grajek?
Szczeroscia. Jesli nia wzgardzisz, glupis po stokroc.

Rozprawy Cannarda z Filozofem, flasza V


Za gorami, za lasami, w miescie zwanym  Nowym  Grodem spotkal
raz  grajek  hanze  zacna.  Nie bylo trzeba dwoch, ni trzech
spojrzen, by  wiedziec  szarpidrutowi, ze  taka ekipa ino na
wojne isc musi, nie na ogrodka pielenie.  Zatrzymal  sie wiec
bard, znecony ciekawoscia.

- Zagraj  co  ku  pokrzepieniu  serc! Zdaj wiare z tegos cos
widzial i idz z nami by opiewac nasze uczynki!

Zdawalo sie grajkowi uslyszec w tumulcie. Natenczas trubadur,
starej  szkoly  uczon,  wiedzial,  ze takiej prosbie, ludu na
smierc i zycie idacemu  odmowic nie lza.  Popedzil  zatem  na
raczym  Pegazie   do   Oxenfurtu   aby  tam  nuty  do  piesni
odpowiedniej dopasc.  Nie  zalujac Pegaza ni tchu powrocil do
zacnej hanzy.

I poczal grac, naiwny minstrel, piesn co ku pokrzepieniu serc
co miala isc w dusze  krasnoludzkich  i gnomich   wojow,  jak
i ich wspolprzymierzencow. Wiedzal bowiem grajek, ze  odmowic
w  takiej  chwili  byloby  dyshonorem  dla niego, jak i calej
braci truwerskiej.

Stalo sie i tak, iz mimo,  ze piesn  proszona  byla, spotkala
sie z  "glupota". Bard zostal zbluzgan i  wykrzyczon  podlymi
slowy.  Kilku nieprawych  synow Mahakamu godzilo sie plwac na
tradycje Carbonu. Carbonu, ktory zrodzil tak  zacnych  bardow
jak Camaris Draco,  Mimi  Ori, Hiir, czy wielu innych,  podle
ktorych  pergaminu by nie stalo by ich wymieniac.  "Jakze  to
oni, synowie ich synow  moga nie znac starych prawd? - wdarlo
sie w mysl grajkowi, gral jednak dalej ku chwale  wiekszosci.

Kilku owych Synow Mahakamu uznalo, ze tradycja  niewarta jest
szacunku, ze barda mozna obrazac  i wyzywac. Uznali, ze godne
to i woja  by  zachowac sie  jak wieprz. Cos, czego doroslemu
i spelna rozumu mahakamczykowi nie  przystaloby do glowy, po-
prosic  o piesn i za nia  skarcic? "Podlym sukom tako czynic,
nie  kranoludowi  Makakamu"  - jak  powiedzial  ongis  pewien
weteran krasnoludzki.

Tako  sie stalo.  Bard  pod grozba  topora wyproszony zostal.
Znajac swoj fach nie od wczoraj, wytarl jeno buty od tchorzem
podszytych spluniec. Otarl zadek od kopnakow gowniarzy  co to
zwykle przy prawdziwym wojsku sie paletaja. Nic nowego.

Splunal jeno, na zly Los co go sprowadzil na tchorzliwy tlum.
Przyjal grzecznie dar od tych krasnoludow, ktorym wstyd  bylo
 za innych. Wyznawal bard w duchu swym nadzieje, ze ci tam co
na niego topory i obelgi wznosili to jeno marne wypryszcze,
nie  warte wzmianki, na zdrowym ciele Mahakamu.

Poszedl w swoja strone zwad wiecej nie  szukajac. Bo  coz  on
mogl -  marny bard. Mogl jedynie wspomniec to i owo, ze jesli
tak nerwowi to im pisane kozy doic, kwiatki zbierac, czy inny
haft uprawiac. Bo  to  ponoc  zlosliwy bard byl i nie lubowal
widoku pelnych portek jeszcze przed bitwa. Szkoda mu bylo ino
zacnych wojow, co w tym smrodku stac mus bylo potem.

I  stalo  sie  tak pozniej, ze lud mahakamski polegl solidnie
a krwawo na wyspach,  gdyz  "pech"  chcial, ze  elfie posilki
przyszly przypadkowo zbyt pozno. Przypadkowo i pechowo. Jak to
mawiaja starzy bardowie: "Marny los wzywaja ci, co plwaja  na
Tradycje Wlasna i Bardow. Plwaja na siebie i Los - a Los tego
nie lubi."

Byc moze tym co zbeszczescili swa tradycje, nie opowiadaczowi
jest dane osadzac, lecz mowi tez przyslowie, ni krasnoludzkie,
ludzkie, czy elfie. znane od lat:

"Szukasz pecha, obraz barda."

Ale coz... Pech zdaza sie kazdemu... Prawda?


> przeczytaj strone 5
Zatytulowano: Z murow wieziennych           

  Co  czuje  wiezien  przesiadujac  calymi  godzinami  w  zimnej,
  ciasnej  celi?  Jakie wowczas mysli zaprzataja mu umysl? A co z
  tymi,  ktorzy  skazani  zostali  na  stryczek  i  oczekuja   na
  wykonanie wyroku? Szukajac odpowiedzi  na  te  i  wiele  innych
  pytan udalem sie do mariborskiego wiezienia.
  Stare,  odrapane  mury  nie zachecaja do odwiedzin wiezniow. Po
  dosc nieprzyjemnej rozmowie ze straznikiem udalo mi  sie  wejsc
  do  srodka.  Natychmiast  otoczyla  mnie  ponura atmosfera tego
  miejsca. Zaintrygowaly mnie napisy  wyryte  przez  wiezniow  na
  scianach  cel  wieziennych.  Niektore  z  nich  to skroty, inne
  - wyznania milosne, zwierzenia, badz teksty pozbawione jakiego-
  kolwiek  sensu.  Musze  przyznac,  ze   rozszyfrowanie  pewnych
  skrotow  sprawilo  mi  niemala  trudnosc. Rozmawialem z kilkoma
  wiezniami, doglebnie przemyslalem sens wszystkich slow i mysle,
  ze ostatecznie  udalo  mi  sie  odgadnac  znaczenie  niektorych
  skrotow.  Zaczne  od  tego, ktory zdecydowanie najbardziej mnie
  zainteresowal: "Pozdrowienia z wiezienia. CHWDP". Osoba,  ktora
  wydrapala na scianie te pozdrowienia nie przejmowala sie faktem
  przebywania  w  wieziennej  celi,  a  skupila   rozwazania   na
  dociekaniu, dlaczego sie w niej znalazla. Mowi nam o tym skrot,
  ktory  zastosowala:  CHWDP  -  Chronologia  Wydarzen  Doglebnie
  Przemyslana. Wsrod wiezniow spotkac mozna wielu desperatow. Ich
  wysoki wskaznik desperacji obrazuja  napisy  "KOCHAM  TESCIOWA"
  czy  "ZonaMnieZabijeJakSieZnowSpoznie".  Wszystkich zdesperowa-
  nych i gotowych nawet na kopanie tunelu mala lyzeczka  zdecydo-
  wanie przed tym ostrzegam. Jeden ogr znalazl w niej inne zasto-
  sowanie:  "Moj  tsymal  tom  lyske  f...".  Propozycje handlowe
  znalazly sie rowniez wsrod napisow: "Sprzedam biblie z autogra-
  fem". Niestety do tej pory nie udalo mi sie ustalic  czym  jest
  owa  biblia,  ale  podejrzewam,  ze  to  jakas  tajemna  ksiega
  magiczna.  Niektorzy  wine  za  swoj  wyrok zrzucali na innych,
  twierdzac ze: "Wszystkiemu winni sa liberalowie", inni probowa-
  li  sie  usprawiedliwiac: "Tylko ryba nie bierze". Byli i tacy,
  co  przyznawali  sie  do  winy:  "Tym  chata bogata co ukradnie
  tata". Wyglaszanie swoich hasel stalo sie tu czyms na  porzadku
  dziennym:  "Dobry  elf  to  martwy elf!", Niepodlegla Sartosa".
  Wiezniowie podzieleni byli na grupki  i  konkurowali  ze  soba.
  Kazdy   nowy   skazaniec  pytany  byl  "grypsujesz  czy  jestes
  frajerem?". Wszyscy jednak zgodnie przyznawali, ze nie znajduja
  sie  w  najdogodniejszej   sytuacji,  niestety "wpadla sliwka w
  kompot". Ci, ktorzy wieziennych murow  mieli  juz  nie  opuscic
  zdecydowali  sie  wyznac  swoje  uczucia:  "Kocham   Elanera!",
  "Kocham Grouma L.". W ciemnych katach skryci w cieniu siedzieli
  ci, dla ktorych nie bylo juz nadziei.  Bez  wzgledu na  rase  i
  wczesniejsze uprzedzenia siedzieli w spokoju. Zjednoczeni swoim
  losem.  Jeden  z  nich  wyryl  na  murach  fragment  wieziennej
  piosenki: "Tancza na stryczkach wisielcy..."