Periodicus numer 11

Wywiad z Seren, Lody malinowe, Samograj

o-----------------------------------------------------------------------------o
|                     Data wydania: czterdziesty pierwszy dzien pory Saovine  |
|                                                                             |
|                                                                             |
|                                    /)_(\                                    |
|                             ______( 0 0 )______                             |
|                            /_/_/_/\` ' `/\_\_\_\                            |
|                                    )'_'(                                    |
|                               ____.""_"".____                               |
|                             P E R I O D I C U S                             |
|                                                                             |
.                                                                             .
.                                                                             .
        Pomimo zamieszan w Redakcji, Periodicus mial sie bardzo dobrze!
       Kolejny numer wyszedl w terminie, zaden z pracownikow nie odszedl
       (a wrecz przybylo - inz. Rigel dolaczyl do towarzystwa!), zaczely
         wyksztalcac sie mniej lub bardziej stale rubryki, swoje wlasne
                    artykuly ponownie przyslali czytelnicy.
                    Periodicus wszedl w nowa faze rozkwitu!
                                        
                                                     note ku pamieci zlozyl
                                          Hiir, Redaktor Naczelny Periodicusa
                                        
     W tym numerze:
     * Wywiad z Przewodniczka Seren.........................strona 1
     * Pol dnia w Loren.....................................strona 2
     * Opowiadanie bez tytulu...............................strona 3
     * Kilka przedmiotow z zycia wzietych...................strona 4
     * Lody malinowe........................................strona 5
     * Samograj.............................................strona 6
     * Basnie naukowe.......................................strona 7
.                                                                             .
.                                                                             .
|                                                                             |
|                                                                             |
o-----------------------------------------------------------------------------o

> przeczytaj strone 1

Zatytulowano: Wywiad z Przewodniczka Seren  

      __    __       __    __ _____  _      ___ 
     / / /\ \ \/\_/\/ / /\ \ \\_   \/_\    /   \
     \ \/  \/ /\_ _/\ \/  \/ / / /\//_\\  / /\ /
      \  /\  /  / \  \  /\  /\/ /_/  _  \/ /_// 
       \/  \/   \_/   \/  \/\____/\_/ \_/___,'

  ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
  z pierwsza Przewodniczka Stowarzyszenia Polelfow
                       Seren!

  Polelfka Seren  urodzila  sie w Novigradzie, zas
  sielskie dziecinstwo  spedzila z  matka w Tilei.
  Swe starania do Stowarzyszenia rozpoczela w bar-
  dzo mlodym wieku, zas od dnia gdy zostala pelno-
  prawnym  czlonkiem  zrzeszenia,  wiekszosc swego
  czasu  stara  sie  poswiecac  domowi  oraz  jego
  mieszkancom,  ktorzy  stali  sie  dla  niej nowa
  rodzina. Nieustannie dba  by  wspolnota polelfow
  zawsze pozostawala nierozlaczna. Warto tez wspo-
  mniec  o  sumiennie   wypelnianych   obowiazkach
  kronikarki, ktore powierzono jej juz dosyc dawno
  temu.

  Chociaz jest tymczasowa  Przewodniczka, to stara
  sie bardzo  godnie  piastowac  swoje stanowisko.
  Jest czwarta  z kolei osoba,  ktora  przejela te
  zaszczytna funkcje, lecz pierwsza reprezentantka
  plci  pieknej. To  niejedyny  powod, dla ktorego
  redakcja  Gnomiego  Periodyku  wybrala  ja  jako
  trzecia wazna  persone,  z ktora  przeprowadzony
  i zamieszczony  zostal  na lamach pisma  wywiad.
  Pytania  zadawal  Nimbus,  gnomi  inzynier zwany
  przez swe fanki machina milosci.

  Redakcja: Jakie zmiany wprowadzila Pani w Stowa-
  rzyszeniu, za swojej krotkiej kadencji?
  Seren: Reformy? Zadnych  znaczacych ani wielkich
  reform nie wprowadzilam, bo nie sa one potrzebne
  a dotychczasowe zasady  dobrze funkcjonuja i nie
  trzeba nic zmieniac.

  Redakcja: Czy  nie  ma   jednak  zmian,  ktorych
  chcialaby Pani jeszcze dokonac?
  Seren: Cos by sie z  pewnoscia  znalazlo, jednak
  byloby  to  raczej  eksperymentowanie..  a  poki
  wszystko dobrze  idzie, to  nie  trzeba probowac
  nowych sposobow. Lepsze jest wrogiem dobrego.

  Redakcja: Rozumiem.  Czy  moze  Pani  przyblizyc
  nieco naszym  czytelnikom, proces  rekrutacji do
  Stowarzyszenia Polelfow?
  Seren: Coz. Droga  oficjalna  zaczyna  sie oczy-
  wiscie od zlozenia  podania. Potem  podanie jest
  przyjete  badz  nie.. w  razie  jesli uznamy, iz
  autor podania  jest jeszcze  zbyt  mlody  i nie-
  gotowy do podjecia staran, zawsze dostaje on mo-
  zliwosc zlozenia podania ponownie za jakis czas.
  Jesli podanie jest przyjete, osoba ta zapraszana
  jest na  pierwsza  rozmowe.. po  niej  zazwyczaj
  podejmuje sie decyzje, czy  rozpocznie starania.
  Nastepnie przychodzi dlugi  czas staran, w opty-
  mistycznej  wersji   zakonczony   dolaczeniem do
  Stowarzyszenia.

  Redakcja: Dziekuje za te wyczerpujaca odpowiedz.
  Interesuje mnie  jednak, co  na  takiej rozmowie
  kwalifikacyjnej trzeba soba prezentowac.
  Seren: Zwracamy  uwage na  zachowanie,  na to na
  ile ktos orientuje  sie  w  swiecie  i  jakie ma
  podejscie  do  Stowarzyszenia - z jakich powodow
  chce z nami zamieszkac, jakie ma cele.

  Redakcja: Co zas obejmuje okres staran?
  Seren: Podczas staran prosimy mlode polelfy albo
  o zdobycie  jakichs i nformacji,  badz  przynie-
  sienie czegos. W tej kwestii starania sa calkiem
  typowe. Jednak w  tym  wszystkim  chodzi glownie
  o to, abysmy poznali dobrze  starajaca sie osobe
  i ona poznala nas by przekonac sie,  czy rzeczy-
  wiscie polaczy  nas przyjazn i czy  chcemy z owa
  osoba  dzielic  nasz   dom,   bo   tak  naprawde
  stanowimy jedna wielka rodzine.

  Redakcja: Jakie  byly  Pani  najwieksze  sukcesy
  badz  porazki  na  stanowisku  Przewodnika?  Jak
  rozuzumiem nie bylo tego na razie wiele.
  Seren: Owszem, nie  jestem  dlugo na  tym stano-
  wisku, ale samo pytanie wydaje mi sie dziwnie...
  chyba nie mi  to  oceniac. Kamienica  nadal stoi
  na swoim  miejscu,  w  domu  porzadek,  nikt nie
  narzeka - chyba jakos daje rade.

  Redakcja: Wszystko  wydaje  sie byc  na miejscu.
  Wracajac do  wywiadu: Ulubione  jadlo i napitek?
  Seren: Danie,  to  oczywiscie  nasze nalesniki z
  truskawkami  i  bita  smietana. Co do napojow...
  coz... sok malinowy i biale, wytrawne wino.

  Redakcja: Jakas zyciowa maksyma?
  Seren: Chyba zadnej. Staram sie kierowac w zyciu
  rozsadkiem, chociaz czasem nie wychodzi.

  Redakcja:  Przedostatnie  pytanie:  Jakie  cechy
  ceni sobie Pani najbardziej wsrod polelfow?
  Seren: Najwazniejsze jest dla mnie to, ze zawsze
  moge na nich liczyc, ze kazde z  nas gotowe jest
  pomoc drugiemu w najciezszej sytuacji, ze zawsze
  mam kogos, z kim moge  porozmawiac, wyzalic sie,
  przytulic. Cenie ich za to, ze wszyscy sa warto-
  sciowymi osobami. Brzmi patetycznie, az sama sie
  zdziwilam, ale tak wlasnie jest.

  Redakcja: To naprawde  wzruszajaca  wypowiedz...
  cos mi wpadlo do oka.. zanim wydlubie te truska-
  wke, czy moge zadac ostatnie juz pytanie?
  Seren: Oczywiscie.

  Redakcja: Naszych czytelnikow  z pewnoscia inte-
  resuje: Kiedy Sindawe powroci na stanowisko?
  Seren: Nie  ustalilismy   zadnego  terminu,  ale
  stanie sie to kiedy tylko  wroci z podrozy i be-
  dzie mial wystarczajaco  duzo  czasu i sil by na
  powrot zajac sie  Stowarzyszeniem. Przypuszczam,
  ze dojdzie do tego niebawem.

  Redakcja: Bardzo dziekuje za udzielenie wywiadu.
  Odpowiedzi byly naprawde szczere. Takiej postawy
  chcialbym moc sie  spodziewac u wszystkich osob,
  ktore zasypuje co miesiac pytaniami.
  Seren: Dziekuje, do zobaczenia.


> przeczytaj strone 2

Zatytulowano: Pol dnia w Loren              

Wydzial Alchemii i Swiatopoznawstwa przedstawia:

     ___       __     __     _                 __
    / _ \___  / / ___/ /__  (_)__ _  _    __  / /  ___  _______ ___
   / ___/ _ \/ / / _  / _ \/ / _ `/ | |/|/ / / /__/ _ \/ __/ -_) _ \
  /_/   \___/_/  \_,_/_//_/_/\_,_/  |__,__/ /____/\___/_/  \__/_//_/

   Przeprawa przez  las byla niesamowicie meczaca.  Geste krzaki co chwila
Czepialy  sie mojego ubrania,  na kazdym kroku potykalem sie  o  wystajace
konary wszechobecnych drzew.  Jednak dla prowadzacej  mnie elfki droga nie
stanowila zadnego wyzwania. Zgrabnie przeskakiwala kazda przeszkode, wciaz
niecierpliwie ogladajac sie na mnie, wiecznie zostajacego w tyle.
   Gdy  po  raz wtory upadlem na wilgotna sciolke,  w  myslach  przeklalem
plakaty,  przez ktore tluklem sie przez Loren.  Podnioslem sie, otrzepalem
ubranie,  spojrzalem przed siebie...  Zlosc natychmiast ze mnie  uleciala.
przed oczami  widniala wyrazna alejka.  Wiec nareszcie dotarlem  do  Athel
Loren.  Weszlismy powoli do miasta,  ktorego atmosfera jak zwykle dzialala
na mnie w ten specyficzny sposob. Wspaniale miejsce, niestety,  na dluzsza
mete  nie dla mnie.  Aczkolwiek  znam gnoma,  ktory  swego  czasu  oddalby
wszystko, aby moc zamieszkac w Loren.
   Elfka, jak zawsze,  poprowadzila mnie do wysunietej na polnoc  swiatyni
Karnosa. Gdy kaplan odprawial nade mna standardowy rytual,  a nieukrywanym
zaciekawieniem  przygladalem  sie  malemu drzewku.  To dziwne, nic sie nie
zmienilo przez rok,  w przeciwienstwie do dwoch debow,  ktore zdawaly  sie
byc potezniejsze niz uprzednio.
   Nim  zdazylem  o  cokolwiek sie  zapytac,  kaplan  skonczyl  ceremonie,
a elfka pociagnela mnie za soba na glowny plac.  W cieniu ogromnego drzewa
wyciagnalem w torby plakat, posmarowalem klejem  i  przylepilem w miejscu,
ktore zdawalo sie byc na tyle wysoko, by elfy go nie przeoczyly, i na tyle
nisko,  bym mogl  do  niego dosiegnac.  Schowawszy klej zaraz zaczalem sie
psychicznie przygotowywac do powrotu,  gdy wtem powietrze rozdarl  okropny
wrzask!
   Elfka  natychmiast podniosla glowe,  spojrzala nieobecnym  wzrokiem  na
niebo.  Z jej ust poplynelo kilka  niezrozumialych dla mnie slow , po czym
mocno chwycila pasek mojej torby  i  pociagnela mnie  za  soba do karczmy.
Wpadlismy biegiem do pustego, nie liczac karczmarza, pomieszczenia. Gestem
nakazala mi usiasc przy najblizszym stole.
   -Mutanci. - oswiadczyla krotko.
   Przez  glowe przemknely  mi  natychmiast obrazy  wczorajszego wieczora,
kiedy  to  uciekalem przed  bezglowymi  potworami  z  mlotami zamiast rak.
Mimowolnie  obrocilem glowe  wejscia,  jednak elfka zdawala sie  wcale nie
Przejmowac tym faktem.
   -Nie  wejda dalej niz na  dziesiec krokow od  traktu.  -  poinformowala
mnie - Ale lepiej nie probowac wchodzic pod ostrze Tancerzom.
   Nie moglem sie z nia nie zgodzic.
   -Tymczasem zjedz cos i wypij, niebawem wroce.
   I wyszla, zostawiajac mnie samego. Nie czekajac na ponowne zaproszenie,
zamowilem cos,  co wygladalo jak salatka przyrzadzona  z  ogromnej  ilosci
lisci.  Z czegokolwiek zostalo owo danie zrobione,  popite czerwonym winem
smakowalo wysmienicie.  Gdy  bylem  w  polowie kubka,  pojawila  sie  moja
towarzyszka.
   -Nie jest dobrze. - powiedziala z wejscia - Wielu pouciekalo,  byc moze
bd  probowali  zaatakowac ponownie.  Lepiej  bedzie dla ciebie  pozostac
w miescie.
   Wtedy wlasnie do mojej glowy zawitala genialna mysl.  Taka okazja mogla
Si  juz wiecej nie przytrafic.  Natychmiast zapewnilem,  ze nie bede mial
nic przeciwko nie tylko pozostaniu, ale i rozprostowaniu nog. Elfka szybko
odgarnela z oczu wlosy, usmiechnela sie, po czym skinela potakujaco glowa.
   Specyficzne piekno tego miasta bylo widoczne na kazdym kroku. Co chwila
schodzilismy z pieknych alejek, ktore, jak sie okazalo, zostaly ulozone na
ksztat  gwiazdy  osmioramiennej,  aby zajsc  do  jakiegos  pomieszczenia.
Wszedzie, od poczty do swiatyni, od pierscionkow do podplomykow, czuc bylo
Czujac dreszczyk emocji, ukradkiem notowalem wszystkie informacje, robilem
szkice, rysowalem... Jednak chyba najlepszym miejscem byla biblioteka.
   -Teraz na chwile cie zostawie.  -  oznajmila,  kiedy przeszlimy  przez
wspaniale korytarze nie mniej wspanialego palacu - Dowiem sie, jak wyglada
sytuacja  przy trakcie.  Sprobuj sie ruszyc  z  tego pomieszczenia,  a nie
dozyjesz wieczora. - zakonczyla, akcentujac wyraznie ostatnie zdanie.
   Ja, naturalnie, nie mialem zamiaru ruszac sie z tego miejsca. Gdy tylko
burza jej  zlotych wlosow znikna  z  pola widzenia,  wyciagnalem notesik
i szybko zaczalem przepisywac najwazniejsze informacje,  jakie tylko udalo
mi sie  dostrzec w ksiegach,  ktore w ogromnych  ilosciach wypelnialy cale
pomieszczenie. Wlasnie bylem zatopiony w lekturze traktujacej  o  swiatyni
Karnosa,  gdy cichy szelest  jej  krokow zburzyl wszechobecna cisze.  Czym
Predzej zgarnalem notatki do wewnetrznej kieszeni plaszcza.
   -Przewodnik po Athel Loren? - spojrzala na otwarta ksiege - Czyzby moje
informacje byly niewystarczajace?
   W odpowiedzi tylko sie usmiechnalem, starajac sie ukryc wiedze na temat
tych, ktorzy juz kiedys probowali wykrasc tajemnice Lesnego Miasta.
   -Sytuacja zostala juz opanowana.  -  ciagnela jak  gdyby nigdy nic - Co
z  reszta  bylo  do  przewidzenia.  Nie widze  wiec powodow,  dla  ktorych
mialbys dluzej byc zatrzymywany w Miescie.
   Dyskretnym ruchem wciskajac  luzne kartki glebiej w kieszen oznajmilem,
zsiadz ze statku
o najblizszej karczmie,  w  ktorej zaczne przepisywac zgromadzona  wiedze.
Nim  jednak dotarlismy  do  bramy miedzy  lasem a miastem,  zatrzymal  nas
wysoki,  srebrnowlosy elf.  Zanim zauwazylem liczne tatuaze na jego ciele,
zanim dwa miecze  z  melodyjnym swistem przeciely powietrze  i  zatrzymaly
sie przed moim nosem,  zanim dostrzeglem  ten  nieokreslony blask  w  jego
oczach,  bylem pewien,  ze oto widze przed soba istna legende  -  Tancerza
Wojny.
   Z ich rozmowy zrozumialem wylacznie slowo 'krasnolud'. Widocznie jednak
wszystko sie wyjasnilo,  poniewaz po niecalej minucie dwa  ostrza  zostaly
cofniete sprzed mego nosa,  a elfy zniknal w alejce prowadzacej  w  strone
palacu.
   -Lepiej ich nie denerwowac, zwlaszcza teraz. - szepnela mi do ucha - Od
kiedy Mistrzowi  Evinowi przeszedl bol glowy po zabiciu dwojki chaosnikow,
stosuja ta metode czesciej niz ziola.
   Nim sens tych slow dotarl do mnie,  juz bylem ponownie ciagniety  przez
gestwine. Mimo usilnych staran, zachowanie rownowagi okazalo sie by ponad
moje  sily.  Gdy  wiec  tylko  zaczelo  sie  kluczenie   miedzy  drzewami,
wyladowalem  wsrod  -krwistoczerwonych  kwiatow.  Podnioslem  sie,  szybko
otrzepalem ubranie  i  juz chcialem ruszyc  przez chyba jedna  z  niewielu
polan w tym lesie, w dodatku porosnieta tak specyficzna roslinnoscia,  gdy
prowadzaca mnie elfka przemowila dziwnym, jakby rozdartym glosem.
   -To dziwne.  Polana Niedoli znajduje sie przeciez  w  przeciwnej czesci
lasu.  Niemozliwe,  zebym  pomylila  droge.  Chyba... Chyba,  ze bylo  nam
przeznaczone dotarcie tutaj.  Zaraz,  cos ci wypadlo.  -  schylila sie  po
dostrzezona wsrod czerwieni czujnym wzrokiem rzecz.
   Zobaczylem ja chwile pozniej.  Juz wiedzialem,  ze  bedzie  trudno  sie
wytlumaczyc.
   -Ejze,  co to jest?! -  pelne zdziwienia spojrzenie  wedrowalo ode mnie
do karki i z powrotem.
   Juz mialem cos odpowiedziec,  gdy wtem uslyszalem brzmiacy jak piosenka
swist.  Chwile pozniej upadlem po raz drugi,  zwalony poteznym  uderzeniem
klingi w skron. Ostatnim obrazem,  jaki pamietam,  byly przerazajaco biale
kosci, w nieladzie rozrzucone wsrod czerwonych roslin.

   Obudzilem sie w zajezdzie  'Pod  Piegowata  Elfka'.  Gardlo pieklo mnie
niemozliwie.  A  niech to!  Musieli  mi  podac jeden  z  tych  diabelskich
specyfikow produkowanych  z  porostow rosnacych tylko w Loren,  po  ktorym
sie  niczego nie pamieta.  Kieszen plaszcza  sprawdzilem tylko  odruchowo.
Wiedzialem, ze nic tam nie znajde. Ale to akurat nie bylo wazne  -  prawie
wszystko pamietalem, mikstura nie wyczyscila mi pamieci.
   Przeplukalem gardlo lykiem wody  z  buklaka  i  natychmiast usiadlem do
Opisywania  przezyc ostatniego dnia.  Przylozylem pioro do pergaminu  i...
z  przerazeniem uznalem,  ze nie pamietam zadnego  szczegolu.  Nic,  co by
mialo jakies znaczenie.
   Zrezygnowany, jeszcze raz przeszukalem kieszenie. Ku mojemu zdziwieniu,
w  jednej  z  nich znalazlem starannie zlozony kawalek papieru,  na ktorym
napisano starannie kilka slow:

           'Las ma swoje tajemnice. Jestes pierwszym, ktory chcial je
                      wykrasc i wciaz zyje. Pierwszym i ostatnim.'

   Zlozylem karteczke i wsadzilem do torby.
   -Czas wrocic do wieszania plakatow. - powiedzialem do siebie,  schodzac
po schodach zajazdu.


                                 Hiir z rodu Dlugonosych


> przeczytaj strone 3
Zatytulowano: Opowiadanie bez tytulu        

     Padalo.

    Lodowaty deszcz  lal sie z nieba strugami  nieprzerwanie od  kilku godzin.
Bylo zimno, nawet  jak na pozna  jesien. Podla karczma  w Wyzimie,  zawsze tak
rzadko odwiedzana, dzis byla pelna gosci, z ktorych niemal kazdy wyroznial sie
strojem, zachowaniem czy wrecz  zapachem nawet sposrod  przedstawicieli swojej
rasy.

    Dlatego kiedy do gospody weszla jasnowlosa gnomka z mahakamskim mieczem na
plecach, z  zainteresowaniem spojrzaly na nia  wylacznie krasnoludy . w gospo-
dzie bowiem byly  tylko dwa gnomy, w  dodatku pilnie  czyms zajete. Spojrzenia
krasnoludow skierowane na dziewczyne byly calkowicie zrozumiale. Nawet  jak na
gnomke byla wyjatkowo niska, a w  wielkich, szarych oczach widnial cien ironi-
cznego usmiechu.

    Gnomka odgarnela  mokre  wlosy  z  twarzy,  potarla  dlugi,  piegowaty nos
i usmiechnela sie lobuzersko na widok patrzacych na nia krasnoludow. Po chwili
wahania  jednak  usiadla  miedzy  nimi,  pociagajac  nosem  i zamawiajac dzban
grzanego wina. 

    Nie minal  kwadrans, a dziewczyna  juz  nazywana byla 'siostrzyczka' przez
opowiadajacych  o jakiejs  niedawnej wyprawie  na poludnie. Mimo to jednak nie
zdradzala wiekszego zainteresowania  opowiescia . rozgladala sie po zajezdzie,
wyraznie kogos szukajac.

    Znalazla.
    Jasnowlosy elf o oczach koloru morskiej wody wytrzymal jednak jej spojrze-
nie. Usmiechnal sie drwiaco i powoli wstal z lawy. Podszedl do niej z niezmie-
nnym, paskudnym usmiechem. 'A wiec nasze drogi w koncu sie zbiegly. Zabij mnie
teraz,  skoro tak  bardzo pragnelas  tego w  Brokilonie... Zabij,  chociaz nie
wiesz  nawet,  ile  w tym  wszystkim bylo  mojej  winy. Zabij, ulzyj sobie...'
Wyszeptal przez zacisniete zeby.

    Cholerny skurwysyn,  pomyslala  gnomka. Wtedy  naprawde chcialam go zabic,
bylam pewna jego winy, chociaz  nawet wina sie  nie liczyla. Liczyla sie tylko
zemsta. A teraz? Teraz  nie  jestesmy  tam, w  Brokilonie,  nad  cialami moich
przyjaciol, nie czuje  przerazenia i nienawisci. Ale  jednak chcialby, zebysmy
po raz kolejny  skoczyli  sobie do gardel. O co  w tym  wszystkim, do cholery,
chodzi?

    Spojrzala na  niego chlodno, nic wiecej. Nie tego oczekiwal - opuscil reke
z rekojesci miecza przerzuconego  przez  plecy. Odchodzac jeszcze raz spojrzal
gnomce w oczy i usmiechajac sie  zlosliwie wyszeptal: 'Fandall, w samo Saovine
Pozna jesien.
dokladnie o polnocy... A teraz zegnaj.'

    Cholerny skurwysyn, pomyslala.

Nastepne dwa  tygodnie  spedzila, wedrujac  na  wschod  razem  z nieswiadomymi
niczego krasnoludami. Bylo jej z  nimi dobrze.  Cieszyla ja sympatia, jaka da-
rzyli ja w  tej kompanii  wszyscy, cieszyla sie, ze jest  komu nosic ja na re-
kach, ze ma z kim rozmawiac i do kogo sie usmiechac. Zapomniala zupelnie o ca-
lym zajsciu. Az do wieczora, w ktorym spotkanie mialo sie odbyc. 

    Wykrecila sie jakos od gry w gwinta, w  ktorego i tak zawsze ogrywala kra-
snoludy. Wsiadla na konia i zmusila go do dzikiego galopu . zalezalo jej, zeby
zdazyc na czas.

    Zdazyla.

Czekal na nia  w zupelnie  opustoszalej gospodzie. Na jej widok usmiechnal sie
po elfiemu . drwiaco, z wyzszoscia. Ona odpowiedziala mu swoim zwyklym, wypra-
ktykowanym podczas dluzszego pobytu wsrod elfow, chlodnym usmiechem.

    -Witaj. Nie watpilem,  ze  przyjedziesz.  Wiedzialem,  ze nie  przepuscisz
okazji, zeby po raz kolejny skrzyzowac ze mna ostrza...
    Nie odpowiedziala.  Milczala,  patrzac tylko w jego zielono-blekitne oczy.
Mowil wiec dalej:
    -Wiesz, zawsze wydawalo mi sie, ze gnomki sa takie same jak ludzkie kobie-
ty, ze nie potrafia sobie poradzic z zabiciem szczura, nie mowiac juz o elfie.
Mylilem sie. Nie przypuszczalem, ze  spotkam taka kobiete, ktora bedzie umiala
jednym pociagnieciem miecza zabic dwoch elfow, a nastepnym rozrabac mi reke od
lokcia po nadgarstek. Jestem naprawde pod wrazeniem.
    Nadal nie odpowiadala.
    -Wiesz, chcialem ci cos wyjasnic. To  nie ja strzelalem, me elaine. Nie ja
i nie moje  komando, bo  dowodca komanda elfow bylem  tego dnia, kiedys mi tak
zgrabnie rozchlastala  przedramie. Nawet nie brokilonskie driady. Ja chyba tez
nie przypuszczalbym na twoim  miejscu, ze kilkunastu  gnomow i krasnoludow pa-
dnie od strzal zwyklych Nilfgaardczykow. Zwlaszcza w Brokilonie. Nie dziwie ci
sie, ze mialas ochote  zobaczyc  czyjes  rozchlastane cialo. I  nie  dziwie ci
sie, dlaczego podejrzewalas akurat  nas, elfy. Tylko  wyjasnij  mi, czemu mnie
nie dobilas, czemu nie poderznelas  mi gardla,  kiedy mialas  okazje? Przeciez
wiedzialas, ze jezeli przezyje, bede chcial sie zemscic. Dlaczego?

    Spojrzala w jego morskie oczy. Wyzywajaco.

    -Naprawde wierzyles, ze zrobilam to z litosci? Z dobrego serca dla domnie-
manego mordercy moich  kompanow? Naprawde sadziles, ze jest powod, dla ktorego
mialabym ci teraz wierzyc? 
    -W takim razie, dlaczego przyjechalas, skoro zemsta jest ci zbedna i wyja-
snienia sa ci  zbedne? Dlaczego  po  raz  kolejny  patrzysz  mi  w  oczy z tym
irytujacym usmiechem, dlaczego nie odejdziesz? O co w tym wszystkim chodzi?
    -Wlasnie. O co w tym  wszystkim chodzi? Jaki  miales  cel w tym spotkaniu?
Odpowiedz mi.

    Kiedy odpowiadal, z jego oczu znikla zlosliwa drwina.

    -Nie chcialem, zebys  zyla w przekonaniu,  ze to wszystko moja wina. Nawet
jezeli mi nie wierzysz, to i tak ciesze sie, ze moglem chociaz z toba porozma-
wiac. Ze moglem chociaz cie... Zobaczyc.
    Z twarzy gnomki zniknal usmiech, ale  jej spojrzenie bylo znacznie cieple-
jsze niz te, ktorymi obdarzala krasnoludy ze swojej nowej kompanii.
Elf delikatnie odgarnal  zlote wlosy z  twarzy gnomki, i oboje zatracili sie w
tej naglej plataninie dopiero co ujawnionych uczuc i emocji.
    Kiedy bylo juz po wszystkim, ani  on, ani ona nie potrafili okreslic tego,
co w ogole czuja, i tego, co  wlasciwie sie stalo  bez uzywania wielkich slow.
Nad ranem, kiedy  pierwsze  promienie  wschodzacego  slonca  obudzily spiacego
w jednym z pokojow zajazdu elfa, gnomki nie bylo w promieniu kilku mil.

    Odjechala.

    Wiedziala, ze to  wszystko bylo bez sensu. Ze jedyna sluszna rzecza, ktora
mogla zrobic,  byl  powrot  do  krasnoludow. Tylko... Jak mogla  patrzec teraz
Regnothowi w oczy? Po... Po tym  wszystkim? Probowala. Starala  sie nie okazy-
wac tego, co czula. Nadal byla spokojna, ironiczna,  nadal pozwalala krasnolu-
dowi na bardzo wiele. 
    Za wiele, pomyslala  pewnej  chlodnej, zimowej nocy, stojac przed karczma,
w ktorej siedzialy krasnoludy. Siedzialy  nie bylo co  prawda zbyt precyzyjnym
okresleniem,  o  tej  porze  wiekszosc  lezala  raczej  pod lawa. Regnoth tez.
Pieknie, pomyslala zagladajac przez  okno i  obdarzajac  badawczym spojrzeniem
spiacego krasnoluda. 
- Pieknie . szepnela do siebie. Skrzywila sie lekko i odeszla od okna, patrzac
na widoczne na poludniu wierzcholki brokilonskich drzew. 

    Trzasnely drzwi, pod butami  zaskrzypial  snieg. Gnomka odwrocila sie szy-
bko, choc i tak wiedziala, kogo  ujrzy. Choc byla pewna, ze pod badawczym spo-
jrzeniem brazowych oczu krasnoludki w  koncu zacznie mowic, mimo ze nie musia-
laby przeciez mowic nic. Thenna zawsze wiedziala lepiej. Zawsze.

    - Stalo  sie  cos? . zapytala  szybko  gnomka, by  uprzedzic pytanie rudo-
wlosej. Bala sie nawet pomyslec o Brokilonie, o tych migdalowych oczach koloru
morza, o tym wszystkim, o czym nie mogla zapomniec od tak dawna...
    - No wlasnie zapytac chcialam. . Uslyszala w odpowiedzi. Thenna  poprawila
topor przy pasie,  zaplotla na nowo  warkocz i  wbila ponaglajace spojrzenie w
zielone oczy gnomki. . O Regnotha idzie? . Zapytala niepewnie.
 
    Gnomka zaprzeczyla ruchem glowy.

    - Niewazne o co, o tej porze nie ma to najmniejszego znaczenia. . Wskazala
niebo, powoli juz jasniejace. Miala cien nadziei, ze uda sie odlozyc rozmowe z
Thenna na pozniej, ze  bedzie  miala czas na okreslenie, jak  duzo prawdy moze
powiedziec. Przeliczyla sie.
    - Wazne,  kruca.  Wazne. Nawet Reg  domyslil  sie, ze cos  nie  tak  jest.
Chodzi  o... . zawahala  sie. . o... Tamto?  O Brokilon? . Dodala znacznie juz
ciszej. Gnomka potwierdzila ruchem glowy. Bala sie podniesc oczy, bala sie py-
tania w nich zawartego.  
    Mimowolnie westchnela.

    - Wiem co  teraz  czujesz, mala . powiedziala lagodnie krasnoludka. Gnomka
podniosla wzrok i spojrzala na Thenne pytajaco.
    - No bo to przeca proste . wyjasnila  szybko  rudowlosa. . Liik dobry byl,
kochal  cie  bardzo. A  bracia... . Urwala.   Rzucila  szybkie  spojrzenie  na
szarooka i cicho, beznamietnie dodala:
    - ...I ten twoj niebieskooki  tez juz... Juz  bezpieczna zes jest. Slysze-
lim, ze za zdrade Komanda od ich strzaly padl. 

    Gnomka  przelknela sline.  Razem   z  przyjaciolka   wrocila  do  karczmy,
usmiechajac sie  nawet. Jednak kiedy od strony poslania rudej dobieglo glosne,
drazniace chrapanie, gnomka zerwala sie szybko i wybiegla przed dom.

    Switalo.
 
    Jak w Brokilonie.

    Tak samo jak tamtego dnia, stojac nad cialami  przyjaciol, w reku trzymala
sztylet. Tak samo  jak niegdys, nie  bala sie  dotyku  zimnego ostrza na prze-
gubie. Tak  samo  jak  wtedy,  patrzyla  w  niebo  oczami  pelnymi lez. Jednak
wtedy, w Brokilonie, w jej oczach byla prosba, modlitwa. Nadzieja.

    Dzis w jej oczach byla tylko pustka.


                                         ___
                                 `-._\ /     `~~"--.,_
                                ------>| Thenna Bruys `~~"--.,_
                                 _.-'/ '.____,,,,----"""~~```'


> przeczytaj strone 4

Zatytulowano: Kilka przedmiotow z zycia wzietych

                Kilka przedmiotow z zycia wzietych,
                 kilka wspomnien z serca wyjetych.



 
             Historie   swego   zycia  spisuje  sie  zwykle w
       poczuciu,  iz  jedna  noga ugrzezlo sie juz w grobie i
       pragnie   w  ten  sposob  uczynic  publiczny  rachunek
       sumienia,  badz  pozostawic potomnym pamiatke po czyms
       wielkim,  czym  sie  we  wlasnym mniemaniu bylo. Ja na
       przekor temu, pisze z powodu nieznacznie innego.
             Ksiega  ta  chcialabym  zlozyc  pisemny hold mym
       rodzicom  -  Balearze  i  Thelordowi  oraz  wszystkim
       bliskim  mi  osobom,  jako  wyraz  gromkiego,  z glebi
       serca plynacego DZIEKUJE. Za fakt mego  istnienia,  za
       solidne gnomie wychowanie oraz milosc i sympatie, ktora
       dane mi smakowac po dzis dzien.
             Historia  ma  pragne  sie podzielic rowniez  i z
       Wami.  Jesliscie  chetni  i  gotowi,  zabieram  Was do
       krainy mego dziecinstwa ...




                     _____ Sznurkodrabina _____



             Letni  upalny  dzien  mial sie ku koncowi. Tak i
       budowa  naszego  domu, a raczej jej ostatecznej fazy -
       Wielkiej  Przeprowadzki.  Nadszedl i kres wyrzeczen, a
       bylo   ich  wiele.  Wszak  budowa  pochlonela  ogromne
       poklady   funduszy   naszej   rodziny.  Po  dlugim
       wyczekiwaniu ujrzalam  znow  ojca, ktory  pewnego dnia
       wyruszyl ze swym bratem Thedudem w poszukiwaniu nowego
       miejsca  naszego  bytu.  Cos,  co brzmi  tak banalnie,
       zajelo niezly kawal czasu.

             Mnie   zdazyly   wyrosnac  zeby,  wypowiedzialam
       pierwsze  slowo. Brzmialo ono 'gaga' i przypuszczalnie
       znaczylo  'gorace'.  Tak  mowila  mama,  bo w momencie
       kiedy  wydalam  z  siebie  owe  dzwieki,  podawala  mi
       kaszke.  W niedaleko po tym, nauczylam sie tez stawiac
       pierwsze  kroki.  Osobiscie  przekonalam sie, dlaczego
       ognia  nie  mozna  zlapac i dlaczego te proby byly tak
       bolesne.   Ciekawosc   swiata  przyplacilam  niejednym
       guzem.  Kiedys,  gdy uderzylam glowa o kamien, bol byl
       tak  wielki,  iz  myslalam, ze umre. Sasiad nastraszyl
       mnie dodatkowo, ze teraz beda mi musieli obciac glowe.
       Od  tej  pory go nie lubilam. W tym czasie narysowalam
       tez   swoj   pierwszy   rysunek.   Mama,   w  poczuciu
       rodzicielskiej dumy, powiesila go na honorowym miejscu
       naszej   izby.   Tym   sposobem   dlugo  sadzilam,  ze
       naprawde mam talent. Wtedy tez odnioslam swoj pierwszy
       sukces - zrobilam krok w strone doroslosci. Dobrowolnie
       pozbylam sie pieluchy i poznalam tajemnice wychodka, a
       wlasciwie  wielkiej dotad niewiadomej, znajdujacej sie
       dwa metry pod ziemia ...
                                ---


             Stalam    wiec    tak,   zwrocona   plecami   do
       zachodzacego   slonca,   z   Lotka,    moja  szmaciana
       przyjaciolka  pod  pacha  oraz  niespelna czteroletnim
       bagazem  doswiadczen  u  progu  naszego nowego domu. W
       uszach  wciaz  slyszalam  uciazliwy  pisk  kol starego
       wozu,  mimo  iz  kilkudniowa  podroz  nalezala  juz do
       przeszlosci.  A  byly  to  dni,  nawet jak dla dziecka
       siedzacego   w   sianie,   z   czescia  dobytku,  dosc
       uciazliwe. Nie stac nas bylo na skorzystanie z wodnych
       srodkow   transportu,  totez  wraz  z  kilkoma  innymi
       rodzinami  opuscilismy  nasza  mala  ojczyzne - wioske
       Anchor,   by   stawic   czolo   wedrowce   ku  lepszej
       przyszlosci.  Byla  nas dosc spora pol - gnomia, pol -
       krasnoludzka  gromadka,  ktorej  przodkowie  niegdys z
       tego  samego  powodu  zasiedlili  nowy  teren i z tego
       samego powodu nowe je opuszczalo. O ile przyczyny tejze
       migracji  byly mi znane, jako ze bylam jej udzialem, o
       tyle  przeszlosc  poznalam z przekazu mego ojca. To on
       jako  dziecko  opuscil ze swoja rodzina slawne i gesto
       zamieszkale   Gnomie  Miasto.  A  mialo  to  miejsce w
       trakcie slynnego Wielkiego Pozaru i bylo jawna walka o
       zycie.
             W kilkadziesiat lat pozniej, ten sam los spotkal
       i  mnie. Z mniej drastycznych powodow, lecz przeslanka
       jest wciaz ta samo: wola godnego bytu. Dlatego tez, na
       wiesc  o  preznie  rozwijajacym  sie miescie Novigrad,
       niemal cala wioska, nie wliczajac przypadkow wiekowych
       oraz  jednostek  silnie  'zadomowionych',  ruszyla  na
       polnoc.

                                ---

       -  Jedda,  no  nie stojze tak w drzwiach. - uslyszalam
       glos  mego  ojca.  Troche  byl  zmieniony,  ale  nadal
       lagodny,   acz  stanowczy.  -  Chodz,  obejrzyj  sobie
       wszystko. - przywolal mnie ruchem reki.
             Przestapilam prog izby i juz na wstepie zostalam
       porazona  wielkoscia  pomieszczenia.  Nozdza  wypelnil
       intensywny  zapach  jeszcze swiezego drewna. Odlozylam
       Lotke  na  solidny  stol i zaczelam przechadzac sie po
       pokoju.  Czulam sie jak ksiezna na zamku. Wszytko bylo
       takie  czyste,  nowe  i pachnace. I duze! W centralnym
       punkcie,  tuz  naprzeciw  stolu,  stal wielki kamienny
       kominek.    On    tez   stanowil   swoista   przegrode
       oddzielajaca  izbe  glowna  od  sypialni rodzicow. Tam
       stalo  szerokie  lozko i pieknie rzezbiony stoliczek z
       owalnym   lustrem.  Gdy  go  pozniej  mama  zobaczyla,
       poplakala   sie   ze  szczescia.  Mnie  zachwycilo  to
       ogromniaste  loze.  Chichoczac  rzucilam  sie  w grube
       pierzyny.

       -   Ja   spie  w  srodku!  -  oznajmilam  ojcu,  ktory
       obserwowal moj zachwyt.
       -  Dla  Ciebie,  Jeddziu,  mam cos lepszego - odparl z
       satysfakcja.
             "Jak  to?  Przeciez  zawsze  spalam  z mama ..."
       pomyslalam i potulnie skulnelam sie z lozka. Chwycilam
       dlon ojca i stanelam z nim przed kominkiem.

       -  Tam  na  gorze .... - wskazal palcem przestrzen nad
       kominkiem - Tam jest Twoj osobisty pokoj.
       - Moj? Tylko moj? - zaklaskalam radosnie.
       - Mnie  tylko  ciekawi jak ona tam bedzie wchodzic? -
       odparla mama z typowym dla niej realizmem.
       -  No  jakze  inaczej  nizli  po  drabinie? - odparl z
       szelmowskim usmiechem ojcec.
       -  Takie wielkie cos ma mi stac w pokoju?! Wybijcie to
       sobie  z  glowy!  -  wykrzyknela spogladajac to raz na
       mnie, to raz na rozbawionego ojca.
       -   No  nie  bedziemy  zagracali  pokoju  ...  Dlatego
       opracowalem   cos  specjalnego.  -  oznajmij  dumnie i
       pstryknal  mnie  delikatnie  w nos, co wywolalo glosny
       dzieciecy okrzyk.

       Spogladalam  na  mame, ktora z powatpiewaniem patrzyla
       na  gore.  Ojciec  wyszedl,  by  po chwili pojawic sie
       ponownie  ze  sterta  sznurkow i okraglych drewnianych
       sztachetek.

       -  Taka  zwykla drabina  faktycznie zawadzalaby tutaj.
       Ale  jesli  zawiesimy  o  taka  -  wskazal na trzymane
       sznurki   -   Bedzie   ja   mozna  spokojnie  zwijac i
       przechowywac na gorze. Juz ja nawet testowalem. Troche
       ciezko  sie  po  niech wspina, ale wystarczy opracowac
       odpowiednia technike.

       Ojciec   usmiechnal  sie  zwyciesko  i  przystapil  do
       prezentacji.  A  zadanie  mial trudne. Publike bowiem,
       stanowila  sceptycznie  nastawiona mama i histerycznie
       podskakujaca   ja.   Po   chwili   skupilysmy  sie  na
       dziwacznym   poniekad  przedmiocie.  A  zbudowany  byl
       doprawdy  banalnie. Dwa grube, dlugie sznury polaczone
       solidnymi  klepkami,  pelniacymi  funcje stopni. Kiedy
       calosc   zawisla   wreszcie   na   stropie,  nie  bylo
       watpliwosci,  ze  to  zmodyfikowana  wersja pospolitej
       drabiny. Ja, wpatrzona z duma w ojca, nie moglam wyjsc
       z  podziwu.  Z  impetem  ruszylam  w kierunku sznurow,
       chcac  na  wlasnej skorze sprawdzic  ich wytrzymalosc.
       Ostatecznie   zostalam  schwytana  przec  ojca,  ktory
       podrzucil mnie do gory i usadowil na swoich ramionach.
       Kwiczalam  z  radosci, a pomysl wspinaczki wybito mi z
       glowy.

       -  Jeddzia  jest  na razie za mala zeby sama mogla sie
       wspinac.  Do tego czasu potrenujemy razem. - skwitowal
       ojciec.
       - No ja nie wiem ... - komentowala nadal nieprzekonana
       mama.- A co mam powiedziec gosciom, jak beda pytac co
       to to w ogole?
       - No jak co? Sznurkodrabina! - zasmial sie ojciec.


        _____                                          _____
              -----==========********===========------

                                          inz. Jedda


> przeczytaj strone 5

Zatytulowano: Lody malinowe                 

                  __          _____,
                 (-|         (-| | |
                  _|__,ody    _| | |_,alinowe
                 (           (
                        z bezikami i likierem

          Mowi sie, niewatpliwie slusznie, ze halflingi a niziolki
          najdoskonalsze portawy przyrzadzic potrafia. Trudno temu
          zaprzeczac, kto  bowiem  raz  skosztowal  ich  specjalow
          zawsze do nich pragnie  wracac.  Nie zmienia to jadnakoz
          faktu, ze i posrod  innych  ras  zdarzaja sie Mistrzowie
          niemal  rownie  biegli  w  sztuce  kulinarnej.  Dzis  ku
          propozycji jednego z nich wlasnie siegniemy.

                 ____
                (-/  `
                  \___,zas przygotowania

          Zrobienie masy  "lodowej"  trwa okolo pol miarki swiecy.
          Takoz samo masy na bezy. Pieczenie bezikow rowniez okolo
          pol miarki swiecy.  Jednakoz  deser  nalezy  robic dzien
          przed  podaniem   poniewaz   lody   powinny  mrozic  sie
          conajmniej  osiem  pelnych   klepsydr,  a  bezy  powinny
          pozostawac w piecu do ostygniecia.
          Likier malinowy nalezy  przygotowac wczesniej. Dojrzewal
          bowiem bedzie przez okolo szesc miesiecy.

                 ____
                (-(__`
                 ____)kladniki
                (

          Pamietajac by  swieze  a  czyste  byly  kolejno  tak sie
          skladniki do poszczegolnych czesci deseru przedstawiaja:

            Lody:

            * 1/2 litra slodkiej smietanki kremowki (30%)
            * 5 zoltek
            * 10 lyzek cukru
            * 250 gram malin

            Beziki:

            * 5 bialek
            * 1 i 1/2 kubka cukru

            Likier malinowy (2 litry):

           * 3 kg dojrzalych malin
            * 1 l spirytusu o mocy 95%
            * 1 kg cukru

                 ___,
                (-|_)
                 _|  otrzebne przybory
                (

          Miski przerozne  do  ubijania  piany jednej czy drugiej,
          garnek by na parze  jedna  z  misek  moc trzymac. Lyzki,
          lyzeszki oraz trzepaczki.  Gasiorek, bibula oraz butelki
          i insze buklaki. A ponadto  wszystko  inne co w ferworze
          walk przyjdzie Wam do glowy.

                 ____,
                (-|
                _ |ak przyrzadzic
               (__/

            Lody:

          Pierwej zoltka juz oddzielone  od bialek ubijac na parze
          z 10 lyzkami cukru  do  bialosci.  Uwazac przy tym azeby
          temperatura nie za wysoka  byla (ciepla dla dloni, podle
          miar gnomich  30  stopni).  Najbezpieczniej  jest tez od
          czasu do czasu miske z garnka zdjac.

          Nastepnie  do  masy  wsypac  swiezutkie  maliny nalezy i
          delikatnie wymieszac.

          W osobnym naczyniu smietane  ubic  nalezy a piana sztywna
          byc nie musi.

          Na koniec obie masy delikatnie polaczyc,przelac do iszego
          naczynia i pomiedzy mrozace kosci lodu wstawic. Najlepiej
          na noc cala

            Beziki:

          Oddzielone bialka (w temperaturze  pokojowej)  przelac do
          duzej szklanej miski i ubijac na piane.

          Kiedy "babelki" beda rownej wielkosci mozna zaczac ubijac
          szybciej.

          Kiedy piana  stanie  sie  blyszczaca  i  zacznie  tworzyc
          regularne fale powoli  dosypywac cukier (porcjami). Kiedy
          juz skonczy sie cukier masa  z  bialek powinna byc bardzo
          gesta.

          Masy nie wolno  ubijac  zbyt  dlugo  poniewaz sie zetnie,
          stanie  sie  lejaca  i  ciezko  bedzie  uformowac  z niej
          ksztaltne beziki.

          Sprawic  by  piec  osiagnal  podle  gnomich  obliczen 150
          stopni.A jeslismy do tego wladni potezniejszej magii uzyc
          najlepiej przy tym powietrze w ruch dodatkowo wprawic.

          Blacha do pieczenia  powinna  byc  wylozona papierem (NIE
          smarowac tluszczem).

          Mase nakladac podle wlasnego  upodobania czy to przyborami
          cukierniczymi ksztaltujac  czy  tez  mala  lyzeczka (wtedy
          ksztalt bezikow bedzie niepowtarzalny) zachowujac przy tym
          jednak wielkosc okolo 2 centymetrow srednicy.

          Piec w piecu pol  miarki swiecy na zloto-brazowy kolor (po
          10 malych miarkach swiecy  ochlodzic  kamienie ogrzewajace
          piec tak by uzyskac temperature 100 stopni).

          Na koniec wychlodzic kamienie calkowicie,uchylic drzwiczki
          i zostawic beziki w piecu do ostygniecia.

            Likier Malinowy:

          1,5 kilograma  malin  przebrac,  oplukac szybko na sicie i
          wsypac do gasiorka,nastepnie zalac spirytusem. Owoce mozna
          nieco ugniesc,  by  byly  calkowicie  przykryte alkoholem.
          Gasiorek pozostawic w  cieniu  w pokojowej temperaturze na
          cala dobe.

          Zlac spirytus z malin i zalac  nim  nastepne 1,5 kilograma
          swiezych, przebranych i oplukanych owocow,zostawiajac je w
          pokojowej temperaturze ponownie na cala dobe.

          Po powtornym zlaniu spirytusu przefiltrowac przez bibule.

          Zrobic syrop cukrowy, rozpuszczajac kilogram cukru w 420ml
          wody.  Zagrzac  wode   w   garnku,  wsypac  cukier,  a  po
          rozprowadzeniu doprowadzic  zawartosc  do wrzenia, po czym
          gotowac 10 malych miarek swiecy.

          Do cieplego jeszcze  syropu  wlac  powoli spirytus, dobrze
          wymieszac, rozlac do butelek i pozostawic na 6 miesiecy do
          dojrzewania.

                 __   _,
                (-|  |
                  |__|_,wagi koncowe

          Kiedy wszystkie czesci deseru sa juz gotowe pomiedzy kosci
          mrozace wstawic mozna na 15 malych miarek swiecy naczynia,
          w ktorych deser podawany bedzie.

          Nastepnie nalozyc porcje  lodow,  posypac bezikami i wedle
          upodobania  swiezymi  owocami  malin  a  na  koniec  polac
          pysznym likierem i podawac.

                                        Smacznego!

                                    Dla lasuchow odnalazla i spisala

                                                  Natt, Pani Nocy...



> przeczytaj strone 6

Zatytulowano: Samograj                      

             /      /| |\  /|  ---   ---   ---      /|      |
            /      / | | \/ | |   | |   | |   |    / |      |
           /___   /  | |    | |   | |     |---    /  |      |
              /  /___| |    | |   | |  _  |\     /___|      |
             /  /    | |    | |   | |   | | \   /    |   \  |
            /  /     | |    |  ---   ---  |  \ /     |    --



       Pelniac       zaszczytne      obowiazki      Bibliotekarza
     Stowarzyszenia      Gnomich     Wynalazcow,     porzadkujac,
     katalogujac   i  archiwizujac  dokumenty  bedace  na  stanie
     SGW,  mam  niejednokrotnie  okazje stykac sie z zapomnianymi
     pracami,  ktore  nie  nadaja  sie  do oficjalnej publikacji,
     ale  same  w  sobie stanowia interesujacy material dla kogos
     zainteresowanego    poznawaniem    poczatkow    i   korzeni,
     badaniem  nie  jedynie  efektow, ale tez drogi tworczej jaka
     przemierzaja   Inzynierowie   zanim  oglosza  wszystkim  swe
     osiagniecia.  Tak  wlasnie  wpadly  mi  w dniach ostatnich w
     rece  notatki  Mistrza  Fjella  z okresu, kiedy pracowal nad
     slynnym Samograjem.



            Samograj - rysunek schematyczny, wedlug
              wczesnych szkicow Majstra Fjella.


                          _________
                         /        /|
                        /________/ |
                        |        | | |-0
                        | 00  |  | --|
                        |  o  0  | |
                        | O   |  | /
                        |________|/
                            /|\
                           / | \
                          /  |  \
                          |  |  |
                          /  |  \
                         /   |   \
                        /    |    \
                       /     |     \
                      /\    / \    /\



       Z   notatek   wynika,   ze   idea   stworzenia  urzadzenia
     bedacego   instrumentem   muzycznym  towarzyszyla  Mistrzowi
     Seniorowi   od  dluzszego  juz  wtedy  czasu.  W  warsztacie
     znajduje   sie  nawet  dokumentacja  jednego  z  poprzednich
     projektow,  jak  sam  Mistrz  pisal,  nieudanego.  Coz, z ta
     opinia   chetnie   bym   polemizowal   gdyby   nie  bylo  to
     niestosowne,    a    takze   niestety   w   danym   momencie
     niewykonalne.  Tak  czy  inaczej projekt wczesniejszy, czyli
     gnomia  Fletnia  Pana,  polegal  jedynie  na usprawnieniu od
     wiekow  znanego  pomyslu.  Sam  instrument  wszak  nie  jest
     skomplikowany,   ot,   wydaje   sie,   kilka   rurek  roznej
     dlugosci  ze  soba  polaczonych.  Majster  wprowadzil jednak
     do    niego    gnomia    precyzje   i   technologie   wyrobu
     gwarantujaca    zarowno    najwyzsza   jakosc,   jak   tez i
     wytrzymalosc i niezawodnosc.

       Tak    czy    inaczej    Fletnia    nigdy   nie   uzyskala
     popularnosci   w   swiecie,   a   zaledwie  kilkanascie  jej
     egzemplarzy     mozna    dzis    odnalezc    w    magazynach
     Stowarzyszenia.

       Wracajac jednak do tematu glownego, czyli do Samograja...

       ...    zlosliwi    twierdzili,   iz   projekt   urzadzenia
     wydajacego   dzwieki   calkowicie   samodzielnie   wynikal z
     kompletnego  braku  talentu  muzycznego  u  Majstra. Mowili,
     iz   po  prostu  na  zadnym  urzadzeniu,  nawet  najbardziej
     wymyslnym,  ktore  by  wymagalo  udzialu  muzyka w tworzeniu
     melodii,  nie  umial  on  zagrac  w  sposob  tolerowalny dla
     uszu  sluchaczy.  Oczywiscie  to  tylko  plotki,  ale faktem
     jest,   iz   kolejny   pomysl  opisywal  machine  ktora,  po
     odpowiednim  skonfigurowaniu,  grala  calkowicie bez udzialu
     operatora.

       Nie  bede  tu  zanudzal  czytelnikow  opisami  wewnetrznej
     konstrukcji  Samograja.  Podejrzewam,  iz tak wlasciwie malo
     kogo   interesuje,  co  siedzi  w  nim  w  srodku.  Znacznie
     ciekawsze  sa  jego  mozliwosci,  szczegolnie  ze obsluga po
     kilkunastominutowym  przeszkoleniu  jest  mozliwa  nawet dla
     calkowitego  laika.  Co  wiecej,  nie wymaga zadnej wiedzy o
     nutach czy taktach.

       Tak  przy  okazji...  Mistrz  Fjell zawsze zastrzegal sie,
     ze   jego   wynalazek   nigdy  nie  mial  na  celu  robienia
     konkurencji      truwerom,     piesniarzom     czy     innym
     artystom-muzykom.    O    ich    wysilkach   wyrazal   sie z
     najwyzszym    uznaniem.    Swoje   dzielo   nazywal   "droga
     alternatywna".

       Kilka  slow  zatem  o  samym  Samograju. Zewnetrznie mozna
     opisac    go    jako    skrzynke    zaopatrzona   w   zestaw
     przelacznikow  oraz  korbek.  Zwykle  do  samograja  dolacza
     sie  rowniez  trojnog,  na  ktorym  mozna  go umiescic, gdyz
     kladzenie  go  bezposrenio  na ziemi (szczegolnie wilgotnej)
     niezbyt  mu  sluzy,  a  strojenie  wynalazku wymaga swietnie
     wykwalifikowanych  rzemieslnikow,  mozliwych  do znalezienia
     jedynie pod Carbonem.

       Uzycie  go  polega  na  ustawieniu  wlasciwej konfiguracji
     przelacznikow  i  wprawienie  mechanizmu  w  ruch  za pomoca
     korbki.   Istnieje   takze  mozliwosc  improwizacji  poprzez
     nastawianie    urzadzenia    niezgodnie    z    podstawowymi
     schematami.   Nie   grozi   to   w   zadnym   wypadku   jego
     uszkodzeniem,   acz   efekty   wahaja   sie   od   genialnie
     odkrywczych    przelomowych    dziel    do   muzyki   zwanej
     popularnie "kocia".

       Kazdy   egzemplarz   Samograja   wytwarzany  pod  Carbonem
     posiada   jeszcze   jedna  ceche  wspolna  -  po  ustawieniu
     wszystkich   przelacznikow   w   pozycji  wyjsciowej  odegra
     sluchaczom  hymn  Stowarzyszenia  -  slynne  "Hej!  Gnomie z
     SGW!".


        znaleziona w archiwach wiedza dzielil sie
         Inz. Luctus Void


> przeczytaj strone 7

Zatytulowano: Basnie naukowe                

                         Okiem bialego lisa (2)

                          Basnie naukowe

     Jak wspominalem w poprzednim artykule, w Kovirze rozwinela sie
nauka, ktora za cel miala znalezienie dobrego sposobu rzadzenia, czy
to panstwem, czy tez jakas jego prowincja, czy tez organizacja. Na
czesc jednego z bardziej pomyslowych uczonych Rodericka de Ekona
nazwano te nauke ekonomia.
      Mam nadzieje, ze przyklad z poprzedniego artykulu zainteresowal
czytelnikow i pokazal im, ze taka nauka jest potrzebna, a i rowniez
nielatwa - gdyz wymaga uwaznego przemyslenia konsekwencji wszelkich
zamierzonych czynow. Z drugiej strony - wiekszosc tej nauki nie jest
tak skomplikowana by osoba obdarzona pewna doza intelektu nie mogla
jej szybko zrozumiec. Diuk de Fletr - byly kovirski minister, u
ktorego mialem zaszczyt pracowac mawial, ze cala ekonomie mozna
przedstawic w formie basni - takich jak dla dzieci, czy prostaczkow.
Kilka z takich basni ekonomicznych chetnie zaprezentuje. Ot, taki
moze przyklad:
      Za gorami, lasami bylo sobie krolestwo, w ktorym rowniez
ekonomie uprawiano. Rzadzil nim krol oswiecony, acz surowy. Jako, ze
panstwo problemow wiele mialo, krol wiedze nowa posiasc postanowil.
Wezwal do siebie medrcow z tego kraju, poczekal az podna na twarz i
nalezycie sie w prochu przed tronem wytarzaja (bo taki wowczas zwyczaj
tam panowal) i w koncu rzekl:
      -Przygotujcie dla mnie streszczenie wszelakiej wiedzy o dobrym
rzadzeniu, jaka przez te lata zgromadziliscie. Pol roku czasu na to
macie.
      Po pol roku medrcy przed tron wrocili i przedstawili krolowi
20 wielkich tomiszcz. Krol gniewem slusznym zaplonal (bo kiedyz by
mial czas tyle czytac?), sciac kazal polowe medrcow, a reszte do
dalszej pracy przy streszczaniu zapedzil. Gdy czas uplynal, stawili
sie medrcy z 10 ksiegami. Krol jeno spojrzal dziko, a oni juz sami
na dwie grupy sie podzieli - jedni do siedziby mistrza malodobrego
sie skierowali, a drudzy do pracy powrocili.
      Lat kilka minelo, az wreszcie przed tronem pojawil sie ostatni
z uczonych dzierzac malenka karteczke i z drzeniem powiedzial:
      -Najjasniejszy Panie: Cala nasza nauke da sie strescic w dwu
zdaniach, a reszta jeno ich konsekwencja jest: Nie ma czegos takiego
jak darmowy obiad. Zawzdy ktos musi za niego zaplacic.
      I o tym  kazdy, kto chce sie za rzadzenie zabierac pamietac
musi. O rozwinieciu i konsekwencjach tej zasady mowic beda zapewne
kolejne artykuly...
___________________________________________________________________

      Inna basn diuka na mysl przychodzi, gdy widzi sie problemy
krolestw, ktore zamiast kupcom zostawic handel i rzeczy z nim
zwiazane, zamiast pozwolic, by ceny i dostawy towarow same sie ulozyly,
tak jak wszystkim najwygodniej jest, staraja sie wszystko wyregulowac.
      Pewnym panstwem rzadzil krol o imieniu Jurek. Poddani Gnusnym
go wpierw zwali, bowiem przez pierwszy rok panowania swego nie czynil
nic, jeno w oknie palacu siedzial i ruch na rynku miejskim obserwowal.
Bardzo sie gniewal gdy mu przeszkadzano - raz nawet herolda, ktory pismo
jakies przyniosl sciac kazal, przez co wojna wazna wybuchnac nie mogla.
      A na rynku niejedno ujrzec mozna bylo, albowiem handlowano tam
dobrami wszelakimi.Po roku krol wstal od okna, zwolal swa Rade Medrcow
i powiada:
      -Dosyc tego balaganu! Na rynku panuje kompletny chaos, co na
wlasne oczy widzialem. Ceny zmieniaja sie co chwile. Biedni w polatanych
portkach biegaja, a bogaci po dziesiec par pludrow maja i, jesli ktory
prozny, to nawet wszystkie naraz je wdziewa. Stad niezadowolenie i zawisc
sie bierze. A takich garnkow za duzo znow jest i garncarze glodem
przymieraja, bo za tanio sprzedawac musza.
      Naradzili sie medrcy i orzekli:
      -Najjasniejszy Panie! Tu nic poza planowaniem dokladnym nie
pomoze! - po czym wzieli sie za planowanie i porzadkowanie.
      Najsampierw, by ceny sie nie zmienialy, ustalili, ze pludry nie
moga kosztowac wiecej niz talara, a garnki mniej niz talara. Coz -
wkrotce na rynku pojawily sie same malutkie pluderki, za male nawet
na dzieci (bo wiekszych za talara nie oplacalo sie robic) i same
ogromne gary (bo malych za talara nikt by nie kupil), ale za to bylo
zgodnie z przepisami.Rada zaraz zmienila zasady - i na rynku zaczely
krolowac gigantyczne pludry - w sam raz na wyrosnietego ogra i male jak
naparstki garnuszki.
      Rada nie ustawala w reformach, a wciaz zle bylo. Na rynku
pojawialy sie albo tylko garnki malutkie, albo ogromne - albo
brylantowe ze zlotymi szlaczkami, albo z najgorszej gliny, niemal
natychmiast sie rozbijajace - ledwo je do czegos uzyto. Krol zatrudnil
armie rachmistrzow bieglych, ktorzy liczyli ile czego jest potrzebne
i ile produkowac nalezy: na przyklad ile garnkow w najblizszym roku sie
stlucze lub wyszczerbi, a ile peknie - uwzgledniali prognozy slubow,
rozwodow i narodzin dzieci oraz zgonow, tak by wszystko sie zgodzilo.
      A Rada, ciagle obradujac, planowala i z kazda reforma biegala
do krola po podpis. Jurek zatwierdzal i zatwierdzal, choc juz dostal
szczekoscisku i wytrzeszczu oczu, ale checi wciaz mial jak najlepsze
i liczyl, ze do historii przejdzie jako Jurek Oswiecony. Rynek zamarl
zupelnie, a krol byl skrajnie wyczerpany, gdy Pierwszy Medrzec
zjawil sie i rzekl:
      - Tuzin chlopow trza nauczyc gry na geslach, bo w krolestwie
mamy osiem kapel, a w nich 30 geslarzy, z tego 8 bardzo leciwych.
Z tych, wedle obliczen rachmistrzow, zejdzie w przyszlym roku 3,
dwu ogluchnie, a jeden wpadnie pod powoz i zlamie reke. Dlatego
uwzgeldniajac potrzebe rezerwy...
      W tym momencie krol nie wytrzymal, westchnal cicho i umarl.
W sposob zupelnie niezaplanowany, co wstrzasnelo podstawami
przemyslu trumniarskiego i produkcja czarnego tiulu.
      Zamiast pomnika postawiono mu na grobie gliniany garnek
i wyryto napis:
                 Tu lezy krol Jurek,
                 Przechodniu - zmow paciorek,
                 On ma to w swoim planie,
                 Jak nie wykona - wstanie!
I wszyscy modla sie tak, ze bogowie juz prawie od tego ogluchli!

                                   Estwald Lapunov